Barcelona – drugie danie

Ten dzień rozpoczęliśmy od mozolnej wspinaczki na Montjuick. Pierwszym punktem na trasie było Las Arenas przy placu Espanya – niegdyś corrida, dziś, chyba głównie na przekór Hiszpanii, centrum handlowe i punkt widokowy. Po ostatniej walce z bykami z 2011 nie ma dziś w każdym bądź razie żadnego śladu.

Z Espanya’i udaliśmy się pod górę, w kierunku fontanny i muzeum MNAC (Narodowe Muzeum Sztuki Katralońskiej), a to wszystko udało nam się „przejść” dzięki ruchomym schodom. Warto jest wejść na samą górę pod ogromny gmach MNAC, spod którego rozciąga się piękny widok na fontannę, cztery kolumny (symbol flagi katalońskiej), Plac Espanya na tle dalszej Barcelony i Tibidabo.

Za MNAC, w drodze na szczyt, nie sposób ominąć ogrody Jardins de Laribal, które są świetnym schronieniem przed upałem.

Kolejka gondolowa na zachodni szczyt Barcelony okazała się zbyt kusząca, by z niej nie skorzystać. Podróż nią z Parc de Montjuic przez Mirador do Castell de Montjuic warta jest wydania kilku euro dla fenomenalnych widoków. Z tej atrakcji i ułatwienia jednak warto skorzystać tylko w jedną stronę. Polecamy również przejść się po samym wzgórzu, które oferuje ciekawe trasy ukryte między  koronami drzew. Szczyt Montjic wieńczy fort otoczony dziewiętnastowiecznymi działami – niegdyś symbol hiszpańskiej stalowej dłoni, trzymającej w ryzach katalońską stolicę. Sam fort ominęliśmy dość szerokim łukiem, zatrzymując się na chwilę przy każdej z armat.

Po zboczu Montjuic ruszyliśmy w kierunku dzielnicy El Raval, spokojniejszej i cichszej części Barcelony, nieco też przytłumionej splendorem Rambli. Mimo to architektura, mijane kanjpki, bary i niektóre place potrafiły zmusić nas do zatrzymania się na kilka chwil i zdjęć.

Eixample, na północ od pl. Catalunya, zahaczyliśmy nieprzypadkowo. Tam przyciągnął nas ogromny apetyt na tapasy, choć trochę zbliżone do tych z San Sebastian. Według przewodnika oraz podpytanych mieszkańców najlepszym miejscem na to jest Ciudad Condal, Rambla des Catalunes. Bez dwóch zdań – nie zawiedliśmy się. Całe szczęście zawitaliśmy tam w okolicach 14:00, gdy na miejsce przy barze nie trzeba było długo czekać. Stolik w głębi restauracji – to inna, wymagająca rezerwacji bajka.

Najedzeni i szczęśliwi powłóczyliśmy się po dzielnicy gotyckiej po czym udaliśmy się do hotelu, aby chwilę odpocząć po siedmiu godzinach włóczenia się ulicami Barcelony. Po kolacji z własnoręcznie przygotowanych tapas i chwili odpoczynku ruszyliśmy na zwiedzanie miasta wieczorową porą. Tym razem z Justyną (siostra Maćka, która dołączyła do nas) ruszyliśmy w kierunku Arc de Triumph, Parku Ciutadella, promenady i Port Vell, w którym przy świetle latarni można było obserwować życie toczące się na jachtach. Przed snem zahaczyliśmy jeszcze o fontannę ze złudną nadzieją na pokaz.

Barcelona – pierwsze danie

Barcelona Gaudiego – deser