Rigi Kulm – królowa gór z wieńcem kwiatów w koronie

W sali pełnej ludzi rozległ się głos. Kto da więcej? Kto da więcej? 5,8 milionów po raz pierwszy. Po raz drugi. Uderzenie młotka przeszywające salę. Sprzedane.  „The Blue Rigi”  JMW Turnera trafia do Tate Britain.

Obok Czerwonego Rigi i Ciemnego Rigi brytyjska galeria weszła za tę rekordową kwotę w posiadanie niebieskiej akwareli. Masywu – góry ukochanej przez Turnera. Góry, której poświęcił przeszło 30 prac, z czego wspomniane trzy uchodzą za arcydzieła impresjonizmu. Ironią jest, że Turner nigdy na szczyt nie dotarł. Przegapił, a może nie chciał oglądać tego, co rozkochuje turystów od stuleci. Tak, panorama z Rigi to legenda. A masyw od czasów wiktoriańskich cieszy się niezrównaną popularnością. Nocowała tu wszak sama królowa Wiktoria, nocował tu Wagner.

The Blue Rigi

Popularność wzniesienia Rigi Kulm w początku XIX wieku była tak duża, że zbudowano  tu w 1846 pierwszą wysokogórską kolej zębatą – na sam szczyt. I tylko w pierwszym roku parowóz wepchnął na na wysokość 1797 m.n.p.m. przeszło 130 tyś. turystów. Tytuł królowej gór Rigi zdobyła jednak nie tylko dzięki kojącej duszę panoramie. Przychylił się ku temu też dość mocno przyziemny fakt – po prostu trasy prowadzące na szczyt z Goldau i Vitznau są w większości spacerowe. Tym samym mniej dostępne szczyty jak Eiger i Matterhorn ustawić się musiały na dalszych miejscach alpejskiego podium turystyki.

DSC07759 (Copy)

Kolejką na Rigi Kulm

My na Rigi udajemy się z Zurychu koleją do Goldau, gdzie przesiadamy się w Rigi Bahn. Tak, przyznać się tu musimy bez bicia, że szczyt zdobywamy w emerycko-niechlubnym stylu. No cóż – dziecięca chęć przejechania się kolejką zębatą odstawia na bok wszelkie ambicje. A kolokwialny i szeroko pojęty „fun”, jaki daje taka przejażdżka jest po prostu przeogromny. Dla tych, którzy również ulegną tej pokusie, podpowiedzieć można tylko tyle, by usiedli po prawej stronie (jadąc do góry) – tylko wtedy można rozkoszować się widokami.

Rigi Bhan

Ostatniej stacji Rigi Bhan nie powstydziłoby się nawet małe miasteczko. Dojeżdżamy na szczyt – stąd panorama gór nie pozwala oderwać od siebie wzroku. W oddali widać nawet ośnieżone szczyty a u stóp mamy zielony dywan z łąką pełnych kwiatów. Pogoda jest wyśmienita, z przychylną turystom przejrzystością i przyjemnym wiaterkiem. I to dopiero początek wycieczki.

DSC07943 (Copy)

Wchodzimy parę kroków wyżej, pod wieżę stojącą na samym czubku. Przed nami znajduje się Lucerna leżąca u stóp Pilatusa i Jezioro Czterech Kantonów. Na wodzie widać małe żaglówki, z oddali gdzieś dobiegają dzwonki krów, a dookoła wieży transmisyjnej latają paralotnie. Jeśli można pomarzyć o idealnej chwili i scenerii, to jesteśmy blisko euforii. Po prostu „uszczypnij mnie”.

DSC07962 (Copy)
Rigi Kulm

Nie możemy oprzeć się pokusie poleżenia pośród kwiatów i zrobieniu tu małej sesji. Różowo-żółta łąka po prostu zaprasza.

Rigi
Rigi Kulm

Na szczycie robimy też przerwę na posiłek, gdyż z domu wyszliśmy bez śniadania. Obiad z widokiem na Alpy – tego się nie zapomina. W schronisku-hotelu ceny są jak na Szwajcarię wręcz normalne (20 franków za danie główne to mniej więcej szwajcarski standard). Sam hotel został zmodernizowany i bezpowrotnie utracił jakikolwiek charakter. Jest tu chyba jedyną niepasującą rzeczą, która trochę mąci nieco krajobraz.

Rigi

Z Rigi Kulm do Goldau

Ze szczytu obieramy trasę powrotną do Goldau. To nasz pierwszy trekking w Szwajcarii, więc też zaskoczenie spore – wszystkie szlaki są na mapach czerwone. Rozróżnienie ma miejsce tylko na poziomie szlaków „górskich” i „spacerowych”. Te pierwsze – wymagają kondycji i obuwia. Te drugie – nie wymagają niczego. Mapy i oznaczenia na drogowskazach pozostawiają też sporo do rzeczenia, gdyż przy rozstaju pięciu dróg ciężko powiedzieć, czy nasze lewo jest „to”, czy „to bardziej w prawo”. No cóż – trzeba się przyzwyczaić. A najlepiej i przezornie – ściągnąć wcześniej mapę (Switzerlan Mobility App).

Widoki na szczęście rekompensują niedogodności nawigacyjne. A gdy idziemy trochę to w dół, trochę w górę co rusz napotykamy na kolejne stadka dzwoniących, szczęśliwych krów. Dookoła całej doliny porozrzucane są chaty, a łąki przecinają białe ścieżki i dróżki. My całą dolinę okrążamy od południowo-zachodniej strony idąc wzdłuż granicy dwóch kantonów (Schwyz i Lucerna).

Rigi
DSC08206 (Copy)
Rigi

Trasa turystyczna w pewnym momencie ustępuje ścieżce górskiej – grunt pod nogami z równej drogi, niczym z parku przekształca się w lekko kamienistą ścieżkę, która prowadzi nas w dół, na pastwiska. Nie mamy wyjścia – trzeba otworzyć sobie bramę i wejść między krowy. Od około kilometra nie widzieliśmy już żadnego znaku czy drogowskazu (ani turysty), więc nasze zdziwienie i narastająca niepewność są coraz większe. Podobnie zdziwione są pasące się jałówki, którym żaden turysta od dawna nie śmiał przeszkadzać. Przechodzimy więc przez pierwsze pastwisko, potem przez drugie czując na sobie kilkanaście par czarnych, krowich spojrzeń.

DSC08281 (Copy)
DSC08254 (Copy)

Ścieżka ginie gdzieś nagle w środku zawieszonej na skale potężnej łąki. Zajmuje nam chwilę czasu odnalezienie szlaku, a raczej kierunku w którym można szukać wyjścia. Pomimo tego, iż nasz spacer trwa już dwie godziny, jesteśmy ciągle bardzo wysoko. Goldau ze skraju łąki wydaje się być zbyt daleko i już na pewno za nisko. Za to widok z tego miejsca na szczyt Rigi Kulm i górujące nad Schwyz dwa szczyty Mythen jest fantastyczny.

DSC08318 (Copy)

Prawdziwa trasa zaczyna się za bramką, która sielską łączkę drastycznie zmienia w stromy, dziki i śliski szlak. Mało kto tędy chodzi. Gdzieniegdzie widać ślady butów – może nawet z dzisiaj. Oczywiście na szlaku oznaczenia to rzadkość, a miejsc, gdzie trzeba się zastanowić chwilkę jest co najmniej kilka.

DSC08396 (Copy)
DSC08405 (Copy)

Po chyba nastym zakręcie trafiamy pod wysoki wodospad, z którego woda niczym z prysznica leje się na wielki kamień. Tu robimy chwilowy postój, by pobawić się aparatem i chwilę odpocząć. Dalej ścieżka wiedzie równie stromo w dół wijąc się zygzakami, by ostatecznie wyprowadzić nas na polanę. Widok drogi i zabudowań napawa otuchą. Stąd około dwa kilometry przechodzimy drogą, by potem znów wejść na pastwiska z krowami i kozami.

DSC08470 (Copy)

Goldau witamy raczej z niewielką radością, gdyż oznacza to koniec przygody i wrażeń. Zostaje nam teraz tylko złapać pociąg do Zurychu i dać odpocząć nogom. Żadna ławka na dworcu nie była nam tak wygodną!

metrów pokonanego przewyższenia
kilometrów
godziny zejścia
Szczeliniec Wielki - piekło

Przez piekło, czyściec, aż do nieba – czyli Szczeliniec Wielki

Eggishorn lodowiec, Szwajcaria

Przejażdżka na lodowiec – czyli szwajcarskie serpentyny i Eggishorn