W królestwie tapas, czyli dlaczego San Sebastian tak nam smakuje

Są trzy rzeczy, z których słynie San Sebastian (basc. Donostia). Są to kolejno: festiwal filmowy, piękne plaże oraz tapas. I tak, to małe miasto przycupnięte w malowniczej scenerii nad Zatoką Baskijską rozpieszcza zmysły turystów. Wszystkie zmysły! Nas głównie jednak ściągnęła tu kuchnia baskijska. Ale po kolei… bo początek nie był lekki.

Droga do San Sebastian – ku przestrodze

Dotarliśmy, meldujemy się na kempingu. Uff. Ocieramy pot z czoła… ostatnie 4 kilometry trochę nas nastraszyły. Ślepo podążając za wskazówkami nawigacji, zjechaliśmy z autostrady – ot: my jesteśmy tu, kemping tam… rzut beretem. Tylko pomiędzy na nawigacji nie było komunikatu: wąsko, stromo i kręto. Zarówno niekończące się spirale jak i przewyższenia przyjmujemy z radością. Jednak wąską na półtorej auta drogę, która usytuowana jest na zboczu bez barierki, nie napawa optymizmem. Z zaciśniętymi zębami wmawialiśmy sobie no risk no fun, z tym że prędkościomierz wskazywał max 30 km/h, a znaki ograniczenia prędkości wyzywająco prezentowały 60 km/h.

Jeśli będziecie chcieli udać się na nocleg do Camping Igueldo sugeruję zjechać z autostrady na San Sebastian tak, aby dojechać do kempingu właśnie przez samo miasto.

Być w San Sebastian to korzystać z życia

Pierwsze popołudnie w Donostii sprowadza się do znalezienia supermarketu z dużym działem owoców morza i radosnej rozpuście z grillem w roli głównej. Na żadne szlajanie się po mieście nie ma absolutnie żadnej szansy bez obfitego obiadu. A skwierczące na ruszcie krewetki, szaszłyki… sami rozumiecie, że są priorytety!

San Sebastian - Donstia (3)

Wieczór jednak należy już do miasta. Najedzeni (to był błąd) ruszamy w tłum. Ulice San Sebastian to przede wszystkim ogromny przekrój wiekowy osób korzystających z nocnego życia. Tu z każdej chwili korzysta każdy i każdy na swój sposób. Przed dyskotekami ustawiają się kolejki młodzieży, deptaki przemierzają rodziny z dziećmi w każdym wieku, a na ławkach przesiadują elegancko ubrani emeryci. Właściwie to odstawionych starszych panów czy pań w kieckach i koralach widzi się znacznie więcej niż u nas. Tu w gromadce, tu pod rączkę. Obok wiekowej damy w sukni przechodzi czterokrotnie młodsza panna w mini, czerwień szminki jednak jest ta sama. Błyszczące oxfordy z wolnym krokiem drewnianej laski wyprzedzają białe trampki. Też pod krawatem. Na chodnikach mijają się pokolenia. Każdy się tu dobrze bawi. Wszystkich łączy jedna rzecz, której w San Sebastian nie da się ominąć.

Bary Tapas, czyli małe jest smaczne – pintxos

Miasto zaskoczy Was zadbaną zielenią i czystością, gwarem przewyższającym Włochów. Wszystko to jest miłe, ciekawe i przyjemne, ale to tylko dodatek. Największą rozkoszą w San Sebastian są tapas (pincho lub pintxo), wokół których kręci się życie miasta. Do barów na szklankę piwa czy lampkę wina i obowiązkowy smakołyk lub dwa wchodzą wszyscy. W kolejkach przy ladach kłębią się tłumy. Smak nie zna demografii, a włóczenie się od baru do baru i od kęsa do gryza jest modą, atrakcją i tradycją. Oddają się jej miejscowi i turyści, najmłodsi i najstarsi. I my też… choć dobrze najedzeni, po prostu nie możemy przejść obok. A pokusy piętrzą się tu stosami. I wszystkie są na wyciągnięcie ręki. Przekąski i małe dania podawane na tysiąc sposobów przyciągają rzeszę zarówno zwolenników jak i amatorów.

San Sebastian - Pintxos

Bagietka z suszonymi pomidorem i lokalnym kozim serem to standard – zjecie to wszędzie. Podobnie kawałek chleba z pomidorem, posiekaną drobno cebulą i wędzonym łososiem – to jest wszędzie popularne. Jednak co bar to specjał. I tu zaczyna się magia smaków, loteria rozkoszy (oj często) lub rozczarowania (czasem się zdarza).

San Sebastian - Pintxos
San Sebastian - Pintxos
Hiszpania, san sebastian (15)
San Sebastian - Pintxos
San Sebastian - Donstia (12)

Camembert, krewetka i oliwka – robimy się odważni. Posmakowało, więc próbujemy dalej. Tapas podawany w kieliszku, gdzie krewetka na wykałaczce zanurzona jest w czymś białym – zaczynają się nasze eksperymenty. Szybki gryz i sos okazuje się czosnkowym kremem, a na końcu wykałaczki ukrywała się znów oliwka. Idziemy dalej – sardynka z serem i papryczką, czemu nie. Oczy wędrują w kierunku czegoś z jajkiem… no może nie.

Do tego wszystkiego piwo i lampka wina i wieczór upływa rozkosznie. Szlajamy się wiec z tłumem po wąskich uliczkach i najedzeni zaglądamy na lady knajp i knajpeczek próbując zapamiętać, gdzie przyjdziemy jutro.

Największym zaskoczeniem okazuje się tapas, którego jednym ze składników jest plaster kaszanki, położony na grubym kawałku koziego sera i zwieńczony groźnie czerwieniącą się, małą papryczką. Każdy znajdzie tu swój kąsek, który wryje się w pamięć na lata – a to tylko kubki smakowe.

Drugi dzień nie mógł obyć się bez śniadania i lunchu w różnych barach. Jak tu jechać w dalszą podróż bez spróbowania kilku nowych wynalazków. Pytanie “jeść czy nie jeść tapas?” na śniadanie jest tylko retoryczne. 

Kilka wersji pintxos i tapas w wydaniu domowym

Pierwotnie tapas wzięły się od plastrów szynki serrano, którą przegryzano do piwa czy wina. Rybacy i robotnicy kładli mocno wysuszony plaster szynki lub też chorizo na wierzchu szklanki i oddawali się dyskusji (i tak działo się w całej Hiszpanii). Pintxo (z baskijskiego, to “danie” baskijskie) – to wykałaczka lub długi patyczek, którym przytwierdza się do bagietki składniki przekąski. O ile tapas są serwowane w całej Hiszpanii, to tylko w Kraju Basków, a zwłaszcza w San Sebastian są oferowane w tak różnych formach, kształtach i smakach. I tylko tu są daniem same w sobie, a nie tylko dodatkiem do piwa czy wina. No i oczywiście z takim rozmachem.

Tu też nieco inaczej będziecie traktowani przy barze – płaci się nie z góry, lecz po zjedzeniu (jeśli stoicie przy barze) a kelner / barman rozliczy Was najpewniej właśnie po ilości wykałaczek i pustej lampce. W  San Sebastian pintxos to religia, a liczne konkursy kulinarne są zawsze głośnym wydarzeniem. Lokalni mieszkańcy mają też swoje ulubione miejsca, więc warto popatrzeć, gdzie przesiadują osoby nie wyglądające na turystów. Ci zawsze dobrze wybierają. I wybierają często już z samego rana.

San Sebastian to też widoki

Pochłonięte kalorie najlepiej spalić na spacerze. Jeśli zjedliście naprawdę dużo to opcje są dwie. Na wschodzie można wdrapać się na Castillo de La Mota, położony nad portem fort. Drugie rozwiązanie, które na pewno zapewni spalenie kalorii, to Igeldo Mendia – wzgórze zamykające zatokę od zachodu. No – można też wziąć kajak i powiosłować na wysepkę bajecznie nadającą uroku całej okolicy. Isla de Santa Clara – wyspa św. Klary to też dobra alternatywa na ucieczkę przed okupującymi plażę miejską tłumami. My wybieramy fortyfikację.

 

I tak na spacerze od morza do starszej części miasta i przechadzce wzdłuż rzeki mijają nam ostatnie chwile w perle Kraju Basków.

Po takim raju dla podniebienia ruszyć możemy w kierunku winnicy i regionu Rioja.

DSC00814

San Sebastian – praktycznie

Bary Tapas
Ceny za przekąską wahają się od 2,5 do 5 euro – owoce morza są oczywiście droższe.
Szklanka piwa czy lampka wina to około 3,5 – 4,5 euro.

Parking miejski jest na lewym brzegu rzeki, przy samym centrum – spory i niedrogi.

Kempingi w San Sebastian są dwa: Camping Bungalows IgueldoCamping Igara. Pierwszy jest znacznie lepiej skomunikowany i lepiej położony.

Plaża przy centrum – tłoczna jest bardzo. Najładniejsza jest Playa la Zurriola – ale nie liczcie tu na mniejszy tłum. 

Droga między San Sebastian a Zumaia przez Zarautz to jedna z najładniejszych dróg widokowych w Europie więcej tu

  • San Sebastian! Przechodziłam przez to miasto podczas Camino del Norte w ubiegłym roku i tylko nieco żałuję, że nie zatrzymałam się tam na noc. Widok na rozświetlone miasto musi prezentować się po prostu wyśmienicie. Za dnia, widoki ze wzgórza na plaże i miasto zapierały dech w piersiach. Niestety nie miałam okazji spróbować tych znanych przekąsek, z którym niewątpliwie słynie San Sebastian. Przygody z dotarciem na camping mieliście niezłe! Wiem, że gdybym miała okazję być w tym mieście raz jeszcze to poświęcę więcej czasu…jedzeniu :D Bo tłumy ludzi w lipcu nie zachęciły mnie do zwiedzania.
    Pozdrawiam :)

  • Pamiętam, jak lata temu wylegiwałam się na pięknych plażach San Sebastian. Urokliwe miasto, ale niestety muszę przyznać, że dość drogie.

  • Patrząc na zdjęcia, aż się nie chce wierzyć, że zdarzają się rozczarowania :-) A camembert i krewetka czuję, że się do mnie przyczepiły, choć bardziej z papryczka niż oliwką.
    Te wieczorne życie babć i dziadków jest super i tak, niestety, inne niż w Polsce.

Bilbao, Hiszpania

Bilbao, gdzie nowoczesność flirtuje z kulturą

Rioja, Hiszpania

Rioja w deszczu