Nowa Zelandia campervanem w trzy tygodnie – dzień po dniu

Nowa Zelandia od zawsze była naszym marzeniem. Chyba głównie ze względu na abstrakcyjną, nieosiągalną wręcz, odległość oraz przez swoją chłodną egzotykę. Z jednej strony jest to kraj uchodzący za namiastkę raju, a z drugiej – jego klimat potrafi być wyjątkowo surowy. I właśnie ta różnorodność jest najbardziej uwodzicielska. A ponieważ o marzenia trzeba walczyć i je spełniać, dlatego wybieramy się na wycieczkę objazdową campervanem po Nowej Zelandii. Trzy tygodnie i 3400 km opisane dzień po dniu.

Decyzja o Nowej Zelandii zapadła dość spontanicznie – zostało nam trochę urlopu, pojawił się pomysł bezpłatnego wolnego, i jakoś tak się cała masa innych zdarzeń sprzężyła, że grudzień 2019 postanowiliśmy spędzić na innej półkuli. A ponieważ road tripy vanem to nasza ulubiona forma odkrywania świata, więc padło na ojczyznę kiwi, wulkanów, tańca Haka, Maorysów i górskich papug kea – no bo jak też inaczej przemierzać Nową Zelandię niż spontanicznie, busem, od miejsca do miejsca?! Bilety zostały szybko ogarnięte, z wizami problemu nie było również. Zostało ułożenie dokładnego planu i zaklepanie domu na czterech kółkach. W wielkim skrócie – start na Południowej Wyspie w Christchurch, koniec w Auckland na Północnej. Gotowi?…. Jedziemy!  

Sprawy organizacyjne i „jak to zrobić” w tym wpisie pomijam całkowicie – będzie na to miejsce gdzie indziej. Poniżej teaser i skrót tego, co się działo!

Dzień 1

Lądowanie w Christchurch i odbiór vana

Lotnisko w Christchurch to taki mały port lotniczy, jak te we Wrocławiu czy Katowicach. To taka zmyłka dla tych, którzy myślą, że od drzwi samolotu do „witaj przygodo” dzieli ich 30 min – kontrola celna i biologiczna jest wyjątkowo dokładna i czasochłonna. Po sprawdzeniu wszystkiego: od śladów błota na butach, kijków trekkingowych i wytłumaczeniu się ze wszystkich herbatek dostajemy upragnioną pieczątkę w paszporcie. Potem tylko zakup kart sim, telefon do wypożyczalni, droga do wypożyczalni, procedury w wypożyczalni….  ehs… po 5h od wylądowania dostajemy kluczyki do vana. Wreszcie!  Nasz dom na najbliższe trzy tygodnie to nowiutka, ogromna Toyota Hiace – prawie 6m długości! Ważne – by móc spać „na dziko” trzeba mieć kampera ze znaczkiem „self contained”, czyli takiego z kibelkiem i zbiornikiem na brudną wodę ze zlewu.

Na wstępie spotyka nas jednak przykra informacja – jesteśmy właśnie dwa dni po ciężkich ulewach i część dróg, jakie mamy w planach przejechać,  przestała istnieć – dosłownie. A jak się później okazało, lodowce na zachodnim wybrzeżu jeszcze miesiąc po naszym wyjeździe były niedostępne dla turystów. No cóż… znajdziemy jakąś alternatywę.

Póki co, pierwszy postój na trasie naszej wycieczki to market spożywczy! Zakupy: prowiant, coś na szybko do przekąszenia, wino, przegląd półek sklepowych i typowe „ooo… to coś nowego, bierzeeemy!”. Załadowani niczym ekspedycja badawcza opuszczamy Christchurch – kierunek: Lake Tekapo (249 km).

Zmęczenie podróżą i przesunięcie czasu o 12 h biorą górę. Zatrzymujemy się na drzemkę a potem na noc gdzieś zupełnie w polu. Gotowy, pieczony kurczak ratuje nam wieczór, gdyż nie mamy sił ani cierpliwości nawet na robienie herbaty.

Dzień 2

Lake Tekapo i droga do Aoraki – Mount Cook Village

Lake Tekapo to jedno z tych iście turkusowych, rozległych jezior, które zasilają wody z lodowców. Tu i ówdzie rozsiane łubiny tworzą różnobarwne łaty pośród żółtawych połaci bezkresnego tussocku (formacja roślinna zdominowana przez trawy, charakterystyczna dla Nowej Zelandii). W tle, na drugim końcu jeziora majaczą ciągle białe szczyty sięgające 2800 m n.p.m. Sama miejscowość, nosząca tę samą nazwę, co jezioro, jest miejscem tylko na jedną  chwilę. Ot pokręcić się, zrobić zdjęcie przy malowniczym kościółku Church of the Good Shepherd i pojechać dalej. Zatem jedziemy dalej.

Droga numer 8, od Lake Tekapo do Lake Pukaki, to więcej tussocku. Żółto na prawo, żółto na lewo i czasem jakieś uprawne pola lub pastwiska. O ile Tekapo można było nazwać turkusowym, to jezioro Pukaki jest błękitne. Właściwie może uchodzić za trzydziestokilometrowy wzorzec błękitu, w którym odbijają się wzgórza i chmury. Nasz cel na dziś to White Horse Hill Campsite – kemping państwowy, położony w malowniczej dolinie u podnóża szczytów Południowych Alp. Tu zaczynają się szlaki do spektakularnych punktów widokowych. Mamy nadzieję zobaczyć z oddali najwyższy szczyt dwóch wysp: Aoraki / Mount Cook (pierwsze to nazwa w języku Maori, druga – europejska, wychodząca z użycia). Poza tą górą, atrakcją są trzy jeziora z lodowcami – Lake Müller, Hooker Lake i Tasman Lake. Według teorii i statystyki, dziś powinno być już lato, ale śniegu w górach jest na tyle dużo, że wejście na jakikolwiek wyższy odcinek jest po prostu niemożliwe. No cóż – zadowolimy się szlakami turystycznymi.

Pierwszy wypad to Tasman Lake, gdzie od razu rzuca nam się w oczy zupełnie inna, nietypowa roślinność. Jest wręcz dziwnie egzotycznie gdy zestawi się bujne, zielone krzewy z alpejskim krajobrazem. U nas, to co najwyżej jagody rosną w Alpach a tu… eksplozja zielonej różnorodności. Podobnie jest przy dwóch pozostałych jeziorach.

Parkujemy nasz dom na kempingu – raczej bardziej prowizorycznym i dzikim. Prysznicy tu nie ma (są w wiosce 2km stąd), opłata to gotówka wrzucana do skrzynki (warto mieć gotówkę i długopis, by wypełnić formularz!), jedyne na co można liczyć to toaleta z kolejką i barak pełniący rolę kuchni/schronienia/jadalni. No dobra… kolacja, chilloucik i spać… jutro Hooker Valley Trail!

Nowa Zelandia -
Lake Tasman - Nowa Zelandia
Mueller Lake i Aoraki / Mt Cook - Nowa Zelandia

Jeden z najfajniejszych widoków na Aoraki – z Kea Point nad Mueller Lake

Lake Tasman - Nowa Zelandia

Dzień 3

Hooker Valley Track

Zbieramy się rano, by przejść Hooker Valley Track. Nic szczególnie męczącego, idzie się głównie po płaskim – około 3-4h ze zdjęciami. Widoki są za to wspaniałe – przekraczamy trzy wiszące mosty, by ostatecznie dojść nad Hooker Lake skąd rozpościera się genialny widok na Aoraki / Mt. Cook i rozległą dolinę polodowcową. Roślinność, przestrzenie i relatywnie mała ilość turystów – jest się z czego cieszyć!

Zaskoczeniem jest dla nas to, jak dobrze przygotowane są tu szlaki – drewniane kładki, biologiczne toalety, wszystko opisane, oznaczone, wyjaśnione. Jak się okazuje, to taki nowozelandzki standard.

Hooker Valley opuszczamy zadowoleni, z szerokimi uśmiechami. Teraz tylko wsiąść do auta, znaleźć prysznic i…. wbić w nawigację kolejną miejscowość: Wanaka – 210 km trasy przed nami. A po drodze znajdujemy ogromne pole łubinu – idealna okazja na fotki!

Mueller Lake
Hooker Valley track - Nowa Zelandia
Hooker Valley track - Nowa Zelandia
Lake Tasman - Nowa Zelandia
Droga nad Pukaki Lake
Lindis Pass Viewpoint
Łubin - Nowa Zelandia

Dzień 4

Wanaka i Roys Peak

Wanaka to kolejne małe miasteczko otoczone polami i farmami. Uroczo położone, ze słynnym, lekko zdewastowanym i podtopionym drzewem w jeziorze #thatwanakatree. To, co nas tu przyciągnęło to jednak widok nie znad jeziora, lecz na jezioro. Wdrapujemy się więc na słynny Roys Peak – wybitnie mozolny i nieprzyjemny hike w pełnym słońcu, bez krztyny cienia. 18 km w obie strony. Niestety, przez większą część jest dość nudny, dopiero od końca szutrowej drogi widoki robią się nieco przyjemniejsze.  Za to widok ze szczytu, wart jest poświęcenia! Oj, polecam wstać rano lub wybrać się tu na wieczór… następnym razem inaczej to zaplanujemy, plus weźmiemy znacznie więcej wody! I jeszcze raz to podkreślę: widok ze szczytu – bajka!

Wanaka - widok na jezioro
Wanaka - Nowa Zelandia - podróż
Wanaka - Nowa Zelandia - słynne drzewo
Roys Peak - to trzeba zobaczyć w Nowej Zelandii

Dzień 5

W kierunku Milford Sound – przez Fiordland

Wanakę opuszczamy rano, po dobrym śniadaniu i jeszcze lepszej kawie zaserwowanej w lokalnej cukierni. Przed nami jeden z najdłuższych odcinków do przejechania: Wanaka – Queenstown – Milford Sound, czyli ponad 400 km. Jet lag jeszcze nieco nas męczy i wymusza odsypianie w ciągu dnia, ale z każdą dobą jest lepiej.

Pierwsze 2/3 drogi ciągną się nam niemiłosiernie. Krajobraz zmienia się powoli. Im bliżej Queenstown, tym więcej farm i domów. Mijamy ogromne jezioro Lake Wakatipu i kierujemy się na miasteczko Te Anau. Ten fragment to głównie pola, pastwiska, polany i gospodarstwa rozrzucone na pagórkach, między grzbietami górskimi.

Upragnione widoki, te wyczekane, zaczynają się za Te Anau. To odcinek drogi 94 zwany Milford Road – 119 km absolutnie fantastycznego krajobrazu – krainy Fiordland. Dzika i bujna roślinność, papugi kea, ostre zakręty, pionowe ściany skał i ośnieżone, srogie szczyty. Ach… dojeżdżamy do Milford Sound, robimy kilka zdjęć i… tyle. Jest 21:00, robi się ciemno. Musimy wrócić 50km, bo w tym miejscu nie można się zatrzymywać na noc. Najbliższy kemping – Milford Lodge, położony zaraz przy Milford Sound, jest pełny (mają z 20 miejsc na campery tylko), więc zostaje nam długi powrót do Upper Eglinton Campsite. Żadnego miejsca bliżej po prostu nie ma. Gdy wyłączamy silnik jest po 22:00.

I dodam tylko, że zabranie grubych śpiworów to był dobry pomysł, bo w nocy temperatura spada do 5°C.

Nowa Zelandia - okolice Te Anau
Mirror Lakes - Nowa Zelandia

Dzień 6

Milford Sound i okolice – perełka Nowej Zelandii

Szczęście do pogody mamy mieszane. Całą noc lało, ale gdy ponownie zaparkowaliśmy w Milford Sound niebo się rozchmurzyło. Akurat na te dwie-trzy godziny, by zaliczyć rejs statkiem po zatoce. W momencie, gdy tylko zeszliśmy z pokładu na ląd, zaczęło padać. No cóż… z średnimi opadami rocznymi przekraczającymi 6 metrów, jest to jedno z najbardziej mokrych miejsc, gdzie żyją ludzie.

W drodze powrotnej decydujemy się jeszcze na hike do Lake Marian – ponoć najładniejszego jeziora w Nowej Zelandii. Sam szlak pozwala zanurzyć się w dziki i gęsty busz nowozelandzkiej dżungli. Pełno tu mchów, porostów i przeróżnych paproci o rozmiarach drzew. Natomiast jezioro spowiły chmury i z magicznego widoku nie zostało nic. Wieczorem znów zaczyna lać. I niestety, prognoza pogody dyskwalifikuje jakiekolwiek plany hikingowe. W okolicy zapowiadane są bite trzy dni deszczu – to zdecydowanie za długo dla nas.

Na noc parkujemy się na kempingu w Te Anau. Wieczór spędzamy w stołówce i później w aucie. Kałuże rosną w oczach, by nad ranem przybrać rozmiar małych jezior.

Milford Sound - Nowa Zelandia
Milford Sound - Nowa Zelandia
Milford Sound - Nowa Zelandia

Dzień 7

Duendin i Moeraki Boulders

W Te Anau jemy śniadanie, dopijamy kawę i uzupełniamy prowiant. I to tyle jeśli chodzi o naszą przygodę z Fiordland. Ucieczka przed deszczem kieruje nas w najbliższe, suche miejsce – z zachodniego wybrzeża przejeżdżamy na wschodnie, do Duendin. Pogoda w dalszym ciągu jest daleka od wymarzonej, ale przynajmniej nie pada (nie licząc mżawki). W miasteczku wpadamy na „ponoć” jednego z najlepszych burgerów w Nowej Zelandii (mięsko i frytki – rozkosz, ale bułka… do wymiany, zresztą jak i wszystkie chlebo-i-bułko-podobne „wyroby” oferowane w nowozelandzkich „piekarniach”).

Kręcimy się trochę po okolicy bez większego celu – tu jakiś półwysep, tu wypad na foki – tym się nigdzie nie spieszy, wylegują się na trawie i skałach beztrosko. Dzień kończymy na owalnych, nietypowych Moeraki Boulders. Pierwotnie chcieliśmy ten punkt wycieczki ominąć, ale aura przygnała nas aż tu. Maciek na pewno nie żałuje, bo jedno ze zdjęć „kamulców” zostało wyróżnione w kilku konkursach międzynarodowych. Dobrze, że przyjechaliśmy tu w porze odpływu.

Dzień 8

Arthur’s Pass

Na przekór pogodzie wracamy na zachodnie wybrzeże.  Ostatni suchy kawałek ziemi widzimy w Castle Hill, przy specyficznych formacjach skalnych. Im wyżej, tym gorsza pogoda. „Leje” to mało powiedziane. Przez dłuższą część drogi towarzyszy nam ściana deszczu przerywana przelotnymi ulewami. Poddajemy się i zajeżdżamy na kemping, by w ciepłym i suchym miejscu przeczekać resztę dnia. Jacksons Retreat Alpine Holiday na szczęście ma ogromną kuchnię z jadalnią oraz ciepłą wodę pod prysznicem. Na dziś to pełnia szczęścia.

Papuga górska kea
Arthur's Pass Nowa Zelandia - road trip

Dzień 9

Pancake Rocks i zachodnie wybrzeże

Drogi oraz szlaki do Franz Joseph Glacier i Fox Glacier są zamknięte, więc nie mamy wyjścia i musimy obrać kierunek północny. Zatrzymujemy się pod drodze przy kilku miejscach zaznaczonych na mapie jako „warto zobaczyć” – Pancakes Rocks, plaże z jaskiniami i Hokitika Gorge. Ot, raczej leniwy dzień, bez większych rewelacji. Optymizmem napawa za to prognoza pogody na trzy najbliższe dni – nie dość, że będzie sucho to i nawet ciepło!

Wieczorem dojeżdżamy do małego miasteczka Mārahau i na kolację jemy najlepszego burgera w całej Nowej Zelandii – ot jakiś foodtruck stojący na rogu z długą kolejką i jeszcze dłuższym czasem oczekiwania. Mniam!

Dzień 10

Abel Tasman Park

Poranek zaczynamy wcześnie, by załapać się na przejażdżkę (haha – dosłownie) i rejs łodzią z Mārahau do Anchorage Bay. Najpierw pakują nas na motorówkę postawioną na przyczepie, wiozą przez całe miasto i na plaży wodują! Powrót – na piechotę, jakieś 10 km przez pagórki, las i plaże. Bardzo przyjemna i raczej lekka wycieczka. Pogoda nam dopisała – nie jest ani za ciepło, ani za zimno. Szlak jest bardzo zróżnicowany – to przechodzi się przez gęsty, wilgotny busz, by chwilę potem wyjść na porośnięte krzakami manuka (z tych kwiatów robi się najdroższy rodzaj miodu) wzgórze, a następnie zejść na plażę. Wszystko w akompaniamencie świergotu i śpiewu przeróżnych ptaków.

Udaje nam się nawet rozpoznać niektóre lotne i nielotne ptaki Nowej Zelandii: Tui (pospolite jak nasze sroki, choć zdecydowanie bardziej muzykalne), szlarnika rdzawobocznego (Silvereye),  zimorodki i nielotne weki.

Wieczór upływa nam na gotowaniu i błogim odpoczynku. To nasz przedostatni dzień na Północnej Wyspie.

Anchorage Bay - Abel Tasman Park

Dzień 11

Północne wybrzeże Marlborough

Ostatni dzień na Południowej Wyspie upływa nam na powolnym przemieszczaniu się w kierunku Picton, skąd wieczorem odpłyniemy promem do Wellington. Zanim jednak pomachamy z morza tej części Nowej Zelandii, włóczymy się jeszcze po plaży w Kaiteriteri, zatrzymujemy się na Cullen Point Lookout i za wszelką cenę staramy się unikać głównych dróg. Ostatecznie docieramy do Rahotia Saddle, na wschód od Picton.

Niestety, późnym popołudniem pogoda znów obraca się przeciwko nam i zamiast spędzać ostatnie godziny na hikingu lub chilloucie, zawinięci w śpiwory czekamy na prom na portowym parkingu. Przynajmniej jest czas na przeglądanie zdjęć i planowanie dalszej trasy.

Cullen Point Lookout - New Zealand
Rahotia Saddle - Nowa Zelandia

Dzień 12

Wellington – stolica Nowej Zelandii

Pierwsze chwile w Wellington to szukanie miejsca na spanie. Z promu zjechaliśmy jakoś po północy i nieco po omacku, po ciemku znajdujemy jakiś parking z toaletą. Nowy dzień wita nas słoneczną pogodą i srogim burczeniem w brzuchach. Mamy silne postanowienie, by dziś zjeść coś dobrego na śniadanie i wzmocnić powieki solidną, dobrą kawą!

Ruszamy zatem w centrum stolicy Nowej Zelandii na poszukiwanie: kawy, śniadania, lodów i lunchu! Realizacja tego jakże ambitnego planu przychodzi nam z niemałym trudem. Raz, że Wellington dziś stoi w korkach (albo Google Maps wybrało dla nas najmniej optymalną trasę), a dwa… parkowanie czegokolwiek w centrum miasta, co ma prawie 6m długość, to niemała akrobacja!

Gdy zamykamy za sobą drzwi auta z pory śniadaniowej zdążyła się już zrobić lunchowa, a nasze żołądki domagają się brutalnie czegoś dobrego. Ratunkiem jest wolny stolik w Olive Restaurant, nomen omen, jednej z lepszych restauracji w centrum Wellington. Przystawka, główne danie i deser (plus lampka czerwonego wina), stają nie tylko zbawieniem dla ciała ale i radością dla duszy! Do tej pory to nowozelandzkiej wołowinie skłonny byłem postawić pomnik, ale tutejsza baranina również zasługuje na peany! Zwłaszcza, jeśli jest tak dobrze zrobiona!

Samo Wellington jakoś nas nie zachęca do zwiedzania. Jest po prostu brzydkie, jeśli wziąć pod uwagę nasze europejskie standardy. Jeśli ktoś się zastanawiał, co dzieje się z tymi urbanistami, którzy z ledwością zaliczyli studia, to odpowiedź jest jedna: z dużą dozą prawdopodobieństwa robią karierę tutaj! Po trzech godzinach mamy dość miasta – lepiej czas nam się spędza na łonie natury!

Do Castlepoint położonego jakieś 2h drogi od Wellington docieramy późnym popołudniem. Akurat na czas, by zrobić sobie krótki spacer po plaży i klifach. To miejsce to chyba jeden z najładniejszych zakątków Nowej Zelandii, jakie odwiedziliśmy podczas naszej podróży. Mało znany, cichy, spokojny i z pięknymi widokami. Miejsce na kampera jest po prostu wymarzone! Aż żal, że jesteśmy tu tylko na jedną noc.

Castlepoint - Nowa Zelandia
Castlepoint - Nowa Zelandia

Dzień 13

W kierunku serca Północnej Wyspy

Trzynasty dzień w Nowej Zelandii to podróż w kierunku wulkanów. Zatrzymujemy się na chwilę tylko w rezerwacie ptaków Pūkaha National Wildlife Centre (warto), by zobaczyć białe kiwi oraz kilka innych endemicznych gatunków. Poza tym przejazd przez ten fragment Północnej Wyspy jest raczej nudny.

Dopiero, gdy na horyzoncie pojawiają się szczyty Tongariro National Park, krajobraz zaczyna nabierać charakteru.

białe kiwi

Dzień 14

Tongariro National Park

Na przejście legendarnego Tongariro Alpine Crossing nie możemy sobie pozwolić – ścięgno Achillesa u Maćka wyjątkowo daje o sobie znać i ten dość ciężki, długi hike mógłby się skończyć fatalnie… musimy odpuścić. Zamiast tego, jedziemy do innej części Mordoru. A dokładniej wjeżdżamy do Mordoru kolejką górską (bo auto zostało na parkingu niżej). Mount Ruapehu, gdzie również kręcono Władcę Pierścieni, to czynny wulkan o wysokości 2 797 m n.p.m. którego górna partia przykryta jest cały rok śniegiem. Na jego szczycie znajduje się ciepłe, parujące jezioro. To też jeden z najbardziej aktywnych wulkanów na ziemi. My na szczyt się nie wybieramy – raki, czekan i sanki zostały w domu. Zadowalamy się za to krótkim hikingiem do miejsca, skąd widok na kolejny wulkan – Mt Ngauruhoe (w filmie Mt Doom), jest najlepszy. Żółtobrązowy, surowy krajobraz ciągnie się po sam horyzont.

Po drodze do miasteczka / regionu Rotorua zatrzymujemy się na dwie godziny w Orakei Korako – geoparku termalnym. To takie małe preludium aromatów dla Rotoruy, gdzie zapach siarki (zgniłego jajka) jest wszechobecny.

Ruapehu - Parku Narodowego Tongariro - Nowa Zelandia
Ruapehu - Parku Narodowego Tongariro - Nowa Zelandia
Orakei Korako - Rotorua - Nowa Zelandia

Dzień 15 i 16

Rotorua – wulkaniczne centrum Nowej Zelandii

Na kempingu pod miasteczkiem Rotorua meldujemy się na dwie noce. Dziś jest 24 grudnia, a to oznacza Wigilię i nieco dłuższe gotowanie i nieco bardziej wyszukane dania niż zwykle. Uprzedzamy pytania – karpia i uszek nie będzie, z przyczyn czysto technicznych – nie było gdzie kupić! Zanim jednak do wieczornej uczty dojdzie, zaliczamy spacer po Waiotapu – chyba najbardziej spektakularnym parku geotermalnym w Nowej Zelandii oraz zwiedzamy wioskę Maorysów.

Oczywiście na zwiedzaniu się nie kończy – oprócz oglądania pokazów tańca i śpiewu, Maciek uczy się wojennej odmiany haki – tańca z elementami wokalnymi. Szczegółów Maciek nie chce ujawniać, by nikogo tym wojennym występem, minami i krzykami nie nastraszyć!

waiotapu - nowa Zelandia
waiotapu - nowa Zelandia
Champagne pool - waiotapu - nowa Zelandia

Dzień 17

Hahei

Hahei to mała, letniskowa wioska na wschodzie półwyspu Coromandel. Ściąga nas tu plaża i imponujące formacje skalne – Cathedral Cove, a przede wszystkim ogromna jaskinia. Oczywiście trzeba tu dojść i jak wszędzie w Nowej Zelandii – szlak jest świetnie przygotowany i nawet zdarzają się biologiczne toalety. Trochę żałujemy, że nie wybraliśmy się tu na kajaku… może następnym razem?

Plaża w samym Hahei jest również niczego sobie – rozległa, z pięknym widokiem na okoliczne wysepki – nic dziwnego, że kemping jest dziś zawalony. Nie tylko mamy święta Bożego Narodzenia, ale w Nowej Zelandii zaczęły się właśnie letnie wakacje!

Hahei - Cathedral Cove
Hahei - Cathedral Cove
Hahei - Cathedral Cove
Hahei - Cathedral Cove
Hahei - Nowa Zelandia

Dzień 18

Muriwai – Kolonia Głuptaków

Powoli czujemy, że nasza wyprawa dobiega końca, stąd Auckland, ostatni punkt naszego programu, przyciąga nas niczym magnes. Te kilka pozostałych jeszcze dni spędzamy w okolicy największej metropolii Nowej Zelandii. To jednak wcale nie oznacza, że będzie nudno.

W promieniu kilkudziesięciu kilometrów od Auckland jest sporo ciekawych miejsc, które też koniecznie chcemy odwiedzić. Pierwsze postój robimy w Muriwai, gdzie głuptaki mają spektakularną kolonię lęgową (październik – marzec). Do ptaków i ich gniazd można podejść całkiem blisko, dzięki platformom widokowym, a im zbytnio obecność ludzi nie wydaje się przeszkadzać (stąd też nazwa „głupi ptak”). Szkopuł w tym, że nie da się tu zbyt długo wytrzymać – smród odchodów 1200 par jest wyczuwalny już z oddali. Zgiełk panuje też przeogromny.

Muriwai - Gannet Colony - New Zealand
Muriwai -kolonia głuptaków - nowa zelandia
Muriwai -kolonia głuptaków - nowa zelandia
Muriwai -kolonia głuptaków - nowa zelandia
Muriwai -kolonia głuptaków - nowa zelandia

Dzień 19

Waipu Caves – jaskinie ze świecącymi robaczkami

Jedną z najbardziej unikatowych atrakcji, jakie oferuje Nowa Zelandia, są jaskinie ze świecącymi owadami. Najpopularniejszym miejscem są jaskinie Waitomo, do nich jednak nie było nam po drodze. Za to nieco na uboczu, poza utartą ścieżką turystycznych autokarów jest mały kompleks jaskiń, obok miasteczka Waipu, gdzie również sklepienie i ściany wypełniają świecące na niebiesko larwy.

Sam kompleks jaskiniowy leży w pewnej odległości od głównej drogi, co czyni go raczej rzadkim celem wycieczek. I faktycznie – na miejscu można spokojnie znaleźć miejsce do zaparkowania w jaskiniach jednorazowo kręci się z czołówkami kilkanaście osób. Wejście jest oznaczone strzałką i…. tyle. Dalej turysto, radzisz sobie sam. Kto się nie zaopatrzył w niezbędnik grotołaza, ten cierpi – czołówka, buty do chodzenia po wodzie i błocie, czapka, by chronić głowę w wąskich przejściach to minimum. Jaskinie nie mają żadnej instalacji i oznaczeń.

Największe skupisko robaczków znajdujemy w komnacie o wysokości kilku metrów. Nie wiemy do dziś, czy ciekawsze jest oglądanie robaczków, czy ludzi. Taki komentarz – by zobaczyć robaczki świecące, trzeba zgasić lampy… wszystkie. Podejrzewamy, że sporo osób wychodzi z rozczarowaniem z jaskini twierdząc, iż żadnych świecących robaczków tu nie ma ;-) A są….

Po pikniku kierujemy się na ostatni kemping i plażę – do miasteczka Piha, gdzie na czarnym piasku podziwiamy ostatni zachód słońca w Nowej Zelandii.

Waipu - Glowworm Cave
Piha beach

Dni 20-22

Auckland – metropolia Nowej Zelandii

Koniec road tripa. Wypakowujemy cały dobytek z vana i przerzucamy się na ostatnie dwie noce do hotelu w Auckland. Auto wyczyszczone zwracamy do wypożyczalni. Sprawdziło się! Polecamy!

Ostatnie trzy dni spędzamy w Auckland – największym mieście Nowej Zelandii. Spacerujemy po centrum, odwiedzamy Auckland Art Gallery Toi o Tāmaki, wjeżdżamy na Sky Tower i sprawdzamy tutejsze restauracje (Culprit – polecamy!), kawiarnie i bary. Po obejściu wszystkich sklepów z pamiątkami, nabrzeża, mariny, oraz punktu widokowego na Mount Victoria możemy powiedzieć, że Auckland jest całkiem fajne! I nawet ładne!

Ot… to tyle tej Nowej Zelandii. 30 grudnia pakujemy nasze walizki do taksówki, by po południu udać się na lotnisko. Sylwestra spędzimy w Melbourne!

Auckland
Auckland
Sky Tower
Sky Tower
Auckland by night

Zostaje nam tylko powiedzieć:

Kia ora!  Goodbye. We will come back here!

10 rzeczy, które nas urzekły

  1. Przyroda, przyroda, przyroda!
  2. Fiordland i absolutne zróżnicowanie krajobrazu
  3. Góry i lodowce spotykające dziką roślinność
  4. Ptaki i śpiew tui
  5. Przygotowanie szlaków i zaplecze kempingowe, kuchnie na kempingach
  6. Moeraki Boulders – kto by pomyślał, że kamienie mogą tak fajnie wyglądać
  7. Nowozelandzkie białe wino (i australijskie czerwone)
  8. Drogi i komfort przemieszczania się
  9. Jedzenie – wołowina, baranina, małże
  10. Plaże z klifami

10 punktów niezadowolenia

  1. Pogoda potrafi dać w kość
  2. Wszystko było jakby w mniejszej skali, niż się spodziewaliśmy
  3. Chleb, a raczej chlebopodobne produkty
  4. Nowa Zelandia nie jest tania
  5. Gdy wjeżdża się w obszary agrarne, krajobraz robi się strasznie monotonny
  6. Jet lag sprawia problemy w pierwszych dniach
  7. Sandflies – małe, irytujące, dotkliwie gryzące muszki
  8. Niefortunny termin wycieczki
  9. Wybranie się na jeden z długich hike’ów wymaga rezerwacji chat
  10. Kempingi z Department of Conservation są bardzo spartańskie

Co można było lepiej zorganizować

  1. Więcej czasu na Nową Zelandię, a wtedy kupienie kampera na miejscu!
  2. Termin wyjazdu (luty), czyli tutejsze późne lato / wczesna jesień – pogoda jest nieco lepsza, ceny niższe, szlaki w górach otwarte
  3. Więcej dni na Fiordland i Południową Wyspę
  4. Przylecieć najpierw do Auckland/Queenstown i odchorować jet lag w hotelowych warunkach, bez jeżdżenia autem
  5. Nie brać drona – bo w parkach narodowych i tak nie można latać, a parki narodowe to miejsca, które się odwiedza
  6. Wyczyścić dobrze buty trekkingowe i kijki oraz wypełnić formularze za wczasu
  7. Wziąć ciepłe ciuchy, więcej niż myślicie!
  8. Być bardzo elastycznym względem pogody.
Pilatus widziany z Rigi

Pilatus – jeden z najlepszych punktów widokowych w Szwajcarii albo „atrakcja po drodze”

Vitznau

Szwajcaria w wersji „naj” – najlepsze hotele, spa i luksusowe atrakcje